|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Dzień 11, Xi'an
9 sierpnia 2007, czwartek Nieprzytomni po nocnej podróży daliśmy się zaciągnąć zdeterminowanej Chince do hotelu niedaleko stacji. Cena była przystępna, warunki znośne, nawet specjalnie się nie targowaliśmy. Po szybkim prysznicu pojechaliśmy w kierunku Terakotowej Armii. Muzeum położone jest ok. 30 km od centrum. Na szczęście kursuje tam normalny miejski autobus. Uprzejmi Chińczycy wskazali nam miejsce, skąd odjeżdża i stanęliśmy grzecznie w ogonku, gotowi w każdej chwili do rzucenia się w kierunku drzwi pojazdu, który lada chwila powinien się pojawić. Grzeczna kolejka zamieniała się bowiem w odpowiednim momencie błyskawicznie w pozornie bezkształtną przepychankę ciał, rąk i kolan. Nigdy jednak nie dochodziło do rękoczynów, ręce delikatnie torowały i barykadowały dostęp, dynamicznie kontrolując przepływ ludzi do autobusu. Wystarczy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości dla fizycznego kontaktu z obcym, okraszoną sporą porcją stanowczej asertywności, by w miarę bezproblemowo poruszać się w chińskim tłumie. Lało jak z cebra, pocieszaliśmy się, że przecież terakotowa armia jest pod dachem, poza tym nieznaczne ochłodzenie spowodowane deszczem także był sporą ulgą po dotychczasowym upale. Za oknami autobusu przesuwały się zielone i zadbane ulice Xi'an. Sprawiało to dziwne wrażenie, bo wyglądało to tak, jakbyśmy nagle zostali wrzuceni do innego kraju, gdzie nie ma miejsca na nonszalancję wobec śmieci, a zadbane otoczenie stanowi znaczącą wizytówkę gospodarza. No dobrze, może trochę się rozpędziłem, po dotychczasowych doświadczeniach chińskiego bałaganu i ruiny. Wjechaliśmy na autostradę, która po kilku minutach się zapchała. Następnie z niej zjechaliśmy i całkowicie stanęliśmy. Autobus wyłączył silnik, pasażerowie wysiedli i przy papierosie zaczęli się integrować zastanawiając się jak długo potrwa postój. W końcu dotarła informacja, że autostrada jest częściowo zalana, inna droga też jest nieprzejezdna i nie wiadomo kiedy będzie. Nie ma żadnej policji, która by kierowała ruchem i żadnej nadziei, by dotrzeć do muzeum. Jakaś Chinka z Tajwanu, bardzo zdenerwowana, co było bardzo nietypowe jak na Chinkę, dyskutowała z kierowcą próbując oszacować szanse dotarcia do celu. Ona ma dzisiaj samolot i nie może pojechać tam kiedy indziej. Być może juz nigdy tu nie będzie. Nie ma jednak wyboru. Musi wracać. My też wsiadamy do autobusu, który powoli przemieszcza się w druga stronę.
Z taksówki wysieliśmy przy głównym placu pomiędzy wieżami dzwonu i bębna. Dalej na piechotę ciasnymi uliczkami zastawionymi straganami ze wszystkimi rodzajami pamiątek. Później okaże się to być nasz ulubiony fragment miasta. Sam meczet niewiele różnił się od innych chińskich świątyń: ten sam układ pawilonów i placów, minaret w kształcie chińskiej pagody, bramy między podwórkami itd. Jednak widok rodowitych Chińczyków w białych diszdaszach i w białych muzułmańskich czapeczkach na głowach był dość oryginalny. Do tego czystość, porządek, zadbane toalety także odróżniały to miejsce od innych miejsc. Sala modłów, umiejscowiona na końcu kompleksu była juz niedostępna dla wiernych. Jednak z zewnątrz można było spokojnie się przypatrywać modlitwom Hui (muzułmańskich Chińczyków).
wtorek, 18 grudnia 2007, czajnik75
TrackBack
|