aktualnie relacja z wyprawy - Chiny 2007

Chiny okiem pewnego sinologa - sinolog.pl



Kategorie: Wszystkie | Chiny 2007 | komentarze | myśli | proza | recenzje | relacje | wstęp
RSS
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Dzień 14, Luoyang
12 sierpnia 2007, niedziela

Po odespaniu całonocnej podróży do Luoyang pierwsze kroki skierowaliśmy do autobusu jadącego do Świątyni Białego Konia. Według legendy świątynia powstała w wyniku snu Cesarza, który wówczas miał w Luoyang swoją stolicę. Pewnej nocy przyśnił mu się sen o złotym bóstwie przelatującym nad pałacem. Sen musiał być niezwykle sugestywny, przejęty Cesarz wezwał speców, którzy wyjaśnili mu, że niechybnie musiał to być sam Budda. Cesarz podszedł do sprawy poważnie i wysłał do Indii emisariuszy, by przywieźli jakieś buddyjskie święte teksty. Wrócili po kilku latach na białych koniach z kilkoma sutrami i misjonarzami, dla których wybudowano świątynię. Nazwano ją odpowiednio do środka lokomocji jakim przybyły do Chin pierwsze oficjalne święte teksty religii, która miała się po jakimś czasie na dobre zadomowić w Państwie Środka. Jednak dzisiaj, poza barwną legendą i wagą inicjującego miejsca – jest to typowy chiński kompleks świątynny, nie odróżnia się od całej masy innych świątyń. Ale zobaczyć trzeba ;-)

Gdy wróciliśmy do centrum miasta, było za późno, by wybrać się gdzieś dalej. Mapę mieliśmy jakąś wyjątkowo ogólną i niedokładną, a nasz przewodnik wyglądał tak, jakby w fazie druku wypadł cały rozdział o okolicach Luoyang. Poruszaliśmy się więc trochę po omacku do tego stopnia, że nie nie znaleźliśmy miejscowej starówki. Znaleźliśmy za to wieżę telewizyjną niedaleko rzeki. Śmiesznie wyglądała nowoczesna iglica z olbrzymimi talerzami anten satelitarnych ustawionymi przy podstawie, a obok, dosłownie przylegające do ogrodzenia poletka działkowe z kukurydzą i warzywami. Tuż za poletkami wyrastały bloki, niemalże takie same jak na warszawskim Ursynowie. Doszliśmy do rzeki, usiedliśmy na murku i popadliśmy w jakiś stupor zastanawiając się dlaczego przyjechaliśmy do tak koszmarnego miasta. Postanowiliśmy pójść do jakiegoś kina, żeby zobaczyć jakiś chiński film, ale z tym także okazał się być problem. Gdy weszliśmy do jakiegoś miejsca przypominającego kino usłyszeliśmy pytanie, czy nie chcemy może kupić jakiegoś mieszkania? Wyjaśniliśmy, że szukamy kina, więc skierowano nas do taksówki.

Taksówkarzem okazała się być młoda atrakcyjna Chinka, która zawiozła nas do miejscowego... Carrefoure'a. Gdy zobaczyliśmy znajome logo wpadliśmy w zachwyt: po prawie dwóch tygodniach będziemy mogli zjeść jakiś nabiał! Biały ser z pieczywem! O tak! Wszyscy zgodnie podzieliliśmy się swoimi marzeniami o pieczywie i najróżniejszych serach. Ale najpierw kino. W kinie, choć był to siedmiosalowy multiplex, niestety było tylko jakieś zachodnie love story, na seanse z chińskimi strzelankami nie było już biletów. Niepocieszeni poszliśmy na piwo, a potem na zakupy do supermarketu. Jak powinniśmy się spodziewać tutaj także porażka. W całym sklepie ani grama nawet żadnego sera ani pieczywa. Mnóstwo za to różnego rodzaju pakowanych próżniowo wynalazków typu kurze nóżki, narybek, prażone gąsienice itp. przysmaki. Na dziale mięsnym oprócz kalmarów, kałamarnic i ryb, można dostać węże i żółwie. Jeszcze żywe. Zaskoczeniem, choć w sumie nie aż tak dużym, była wódka wyborowa na półkach z alkoholem.

Wieczorem postanowiłem zrobić przepierkę bielizny i koszulek. W pięknie wyglądającej łazience, z marmurowym blatem, była podwieszana umywalka. Czysto i schludnie, dużo miejsca, aż się prosi o pranie suszące się w ciągu dnia na sznurku. Niestety, podczas prania pierwszej pary majtek umywalka uciekła spod moich rąk, lądując na podłodze w drobnych kawałeczkach. Jakimś cudem nic mi się nie stało, nogi nie pokaleczone, ale nie mamy gdzie umyć nawet zębów. Wizyta w recepcji była trudna. Recepcjonistka po kilku minutach prób zrozumienia o co chodzi wysłała sprzątaczkę do pokoju. Po zrozumieniu co się stało napisała na kartce 120 yuanów do zapłacenia. My na to w krzyk, że nie zapłacimy za felerną umywalkę, bo tak po prawdzie to JA mogłem zostać poszkodowany i cud, że MI się nic nie stało. Było zatrudnienie na tłumaczkę przechodzącej niedaleko studentki, były telefony do kierownika, uratowała nas chyba zbliżająca się olimpiada. Dostaliśmy nowy pokój, a następnego dnia miał się z nami skontaktować boss. Nikt do nas nie przyszedł.
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Dzień 13, Pagody i mury Xi'an
11 sierpnia 2007, sobota

Na początek dnia zaliczamy Wielką Pagodę Dzikiej Gęsi. Wspinamy się na jej szczyt, choć kolejna kontrola bagażu zaczyna działać na nerwy. A może to upał? A może to monotonia architektury, kolejna świątynia, koleni buddysie, nic się nie dzieje, nuda, jak w polskim filmie. Ze szczytu widok na miasto, w tym miejscu jakoś mało ciekawe – ot, blokowiska. W jedna stronę widok na wielką fontannę, która akurat daje pokaz tańca. Ogród jak ogród – wychodzimy. Na dole przy milczącej już fontannie młode pary robą sobie ślubne zdjęcia, dzieci taplają się w wodzie, sprzedawcy sprzedają wodę. Kupujemy w promocji mrożoną zieloną herbatę w butelkach i jedziemy do muzeum, które podobno także trzeba zobaczyć. W muzeum oglądamy wszystkie wystawione figury sprzed 1, 2, 3 i 4 tys. lat i robmy niektórym zdjęcia. Wielką zaletą tego muzeum jest klimatyzacja, która nie jest lodowata, jak wszędzie, tylko przyjemnie chłodna. Po wyjściu z muzeum kolejny punkt to Mała Pagoda Dzikiej Gęsi. Ze względu na upał, opustoszały żołądek i wysoka cenę biletu – odpuszczamy sobie. Podobno duża strata, bo Bartek wszedł do środka, a tam zaskakująco ciekawa multimedialna ekspozycja. No trudno.

Po jedzeniu kierujemy się w stronę murów obronnych. Idziemy ulicami, jakich nigdzie nie widziałem. Na środku czteropasmowa jezdnia, po dwa pasy w każdą stronę. Następnie pas zieleni wysadzany drzewami. Dalej z każdej strony trzypasmowa jezdnia i kolejny pas zieleni wysadzany drzewami. Następnie pas dla rowerzystów i motorowerzystów, krawężnik i szeroki chodnik dla pieszych. Ja chcę takie ulice u nas!

Mury miejskie otaczają całe miasto w granicach sprzed 400 lat. Maja 16 km długości, 12 metrów wysokości i 18 metrów szerokości u podstawy. Po szczycie murów jeżdżą kolejki turystyczne, można przejechać się pewnie dookoła. My przeszliśmy do następnej bramy i zeszliśmy do muzeum Beilin, gdzie można podziwiać las kamiennych tablic z inskrypcjami od epoki Han do dynastii Mandżurskiej. Niestety, a może na szczęście nikt z nas nie umie czytać po chińsku więc przeszliśmy się po pięknym ogrodzie i trafilismy do dzielnicy artystów. Dzielnica artystów to niestety kolejne miejsce w stylu warszawskiej starówki albo Kazimierza nad Wisłą, to znaczy po czasach świetności została tylko opinia i turystyczny disneyland.

Wróciliśmy do dzielnicy muzułmańskiej mijając grających w karty, chińskie szachy lub domino, wystawy z żywymi modelkami w sukniach ślubnych i centra handlowe na kilkanaście pięter. Zjedliśmy pożegnalną kolacje w knajpie, gdzie była smoobsługa. Dostaliśmy podgrzewany rondel w dziurze stołu zasilany kuchenka gazową. Braliśmy z lodówek różne dziwne rzeczy nadziane na patyki i smażyliśmy je w tym rondlu. Później usmażony drobiazg moczyło się w jednym z czterech sosów i zjadało. Niektóre z tych rzeczy były całkiem smaczne inne mniej, ale nie mam najmniejszego pojęcia co jedliśmy. Ważne że nikomu nie zaszkodziło.

poniedziałek, 31 grudnia 2007
Dzień 12, Terakotowa armia

10 sierpnia 2007, piątek

Rano wsiedliśmy do tego samego autobusu, co poprzedniego dnia. Ta sama droga, znane już uliczki, bawiłem się w rozpoznawanie miejsc, jak bym był w dawno nie odwiedzanym mieście, które ostatnio widziałem w dzieciństwie. Wczoraj. W podróży czas inaczej płynie, robi niejasne pętle i zakrzywienia zniekształcając przeżywane chwile. To, co działo się poprzedniego dnia, od razu ląduje w odpowiedniej szufladce pamięci z etykietą: „to było już tak dawno, a pamiętam jak dziś”. Na feralnym zjeździe z autostrady nie zjechaliśmy, tylko przekroczyliśmy bramkę i pognaliśmy na spotkanie ze zjawiskiem, które zna cały świat, a które od tak niedawna można oglądać.

Odkryta w połowie lat 70-tych XX wieku, ponoć strzegąca grobowca pierwszego cesarza Chin, Terakotowa Armia przykryta jest obecnie wielkimi halami. Trzy odkrywki ukazują niewielki ułamek całej armii – ponoć jest to ok. 1000 żołnierzy z całości liczącej ponad 8000. Największy hangar przykrywa główną część wojska ustawionego, jeśli dobrze pamiętam, w 10 kolumnach. Na końcu hangaru ustawione są figury w trakcie restauracji. Niektórzy z żołnierzy byli poprzewracani i potłuczeni, a dzisiaj archeologowie składają ich do kupy jak rozsypane puzzle. Z zakazu fotografowania nikt sobie nic nie robi, włącznie z pilnującymi strażnikami. W drugim hangarze jest ponoć dowództwo całej armii, a w trzecim prawie nic nie ma – wygląda tak, jakby wszystkie figury zostały wyniesione z wykopu. Po obejrzeniu figur można odwiedzić jeszcze muzeum, w którym zrekonstruowano powozy bojowe oraz wystawiono repliki broni znalezionej wykopkach – można jej dotknąć i potestować działanie. Chińscy przewodnicy objaśniają dzieciakom, jak się używało poszczególnych sprzętów i do czego służyły, niestety – nic nie zrozumiałem. Oprócz tego można zrobić sobie zdjęcia z żywymi replikami żołnierzy i kupić setki pamiątek, figurek i innych specyfików, które można dostać również w Warszawie, w sklepach z nie tylko orientalnymi wyposażeniem.

Całość zrobiła na mnie niezwykle rozczarowujące wrażenie. Myślałem, że będzie można przejść się pomiędzy żołnierzami, obejrzeć ich z bliska, przyjrzeć się rysom twarzy, szczegółom zbroi itp. Niestety, nic z tych rzeczy. Tłum ludzi stoi przy barierce, która jest oddalona od najbliższych figur o jakieś 5-7 metrów. Olbrzymia hala robi wrażenie jakiegoś plastikowego disneylandu a nie archeologicznej sensacji XX wieku. Otaczające kompleks handlowe pawilony, rozsiane na powierzchni wielkości małego miasteczka, dopełniają efekt. Po wizycie zacząłem się zastanawiać czy Terakotowa Armia nie jest jakąś jedną wielka mistyfikacją stworzoną na potrzeby turystyki i chińskiego mitotwórstwa.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o kurhan skrywający ponoć właściwy grobowiec pierwszego cesarza Qin Shi Huanga. Przed wejściem na teren otaczający wzgórze stoją wartownicy w strojach z epoki. Wyglądają jak figury woskowe, jednak kropelki potu na czołach i mrugnięcia powiek zdradzają, że mamy do czynienia z żywymi ludźmi. W parku odpoczywają tancerki, a przed schodami na tle kurhanu fotografują się chińscy turyści z egzotyczną statystką. Jednym słowem – dalszy ciąg chińskiego disneylandu. Ze szczytu wysokiego na ponad 100 m wzgórza rozciąga się piękny widok na obszar między rzeką a wzgórzami. Podobno na tych polach było kiedyś miasto, sam kurhan był częścią rozległego kompleksu świątynnego w centrum tego miasta. Terakotowa Armia stoi 2 km na wschód od niego. Czemu tak daleko? Legendy głoszą, że grobowiec kryje mapę świata z morzami i rzekami z rtęci i gwiazdami z pereł na sklepieniu. Archeologowie na razie nie ruszali kurhanu, ale w glebie jest ponoć wyjątkowo duże stężenie rtęci...

Po powrocie do Xi'an pojechaliśmy obejrzeć Wieżę Dzwonu od środka i powłóczyć się po mieście. Położona centralnie na skrzyżowaniu dwu głównych arterii Wieża Dzwonu jest bardzo malownicza zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz. W środku trafiliśmy na przedstawienie teatru cieni, niestety puszczane na ekran z projektora. Z tarasu widokowego można podziwiać pełną panoramę miasta we wszystkich kierunkach.

Po zmierzchu włóczyliśmy się do późnej nocy po tętniących życiem uliczkach dzielnicy muzułmańskiej. Mnóstwo straganów, knajpek, sprzedawców pamiątek, kaligrafii, cykad w klatkach i innych dziwnych rzeczy. Tłumy kolorowo ubranych Chińczyków nie pozwalały pamiętać, że jesteśmy w centrum szarych, rzekomo komunistycznych Chin. Na koniec zupełnie przez przypadek trafiliśmy do zamienionego na muzeum domu niegdysiejszego bogatego kupca. Specjalna fundacja wykupuje kolejne zabudowania, by zamienić je na muzeum, gdzie będzie można odtworzyć kolejne elementy tradycyjnego wielopokoleniowego domu chińskiego bogacza. Pomiędzy kolejnymi pawilonami sączyła się delikatna muzyka, która jak się okazało była na żywo grana przez młodą dziewczynę na instrumencie podobnym do cymbałów a nazywającym się Zheng.

wtorek, 18 grudnia 2007
Dzień 11, Xi'an

9 sierpnia 2007, czwartek

Nieprzytomni po nocnej podróży daliśmy się zaciągnąć zdeterminowanej Chince do hotelu niedaleko stacji. Cena była przystępna, warunki znośne, nawet specjalnie się nie targowaliśmy. Po szybkim prysznicu pojechaliśmy w kierunku Terakotowej Armii. Muzeum położone jest ok. 30 km od centrum. Na szczęście kursuje tam normalny miejski autobus. Uprzejmi Chińczycy wskazali nam miejsce, skąd odjeżdża i stanęliśmy grzecznie w ogonku, gotowi w każdej chwili do rzucenia się w kierunku drzwi pojazdu, który lada chwila powinien się pojawić. Grzeczna kolejka zamieniała się bowiem w odpowiednim momencie błyskawicznie w pozornie bezkształtną przepychankę ciał, rąk i kolan. Nigdy jednak nie dochodziło do rękoczynów, ręce delikatnie torowały i barykadowały dostęp, dynamicznie kontrolując przepływ ludzi do autobusu. Wystarczy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości dla fizycznego kontaktu z obcym, okraszoną sporą porcją stanowczej asertywności, by w miarę bezproblemowo poruszać się w chińskim tłumie.

Lało jak z cebra, pocieszaliśmy się, że przecież terakotowa armia jest pod dachem, poza tym nieznaczne ochłodzenie spowodowane deszczem także był sporą ulgą po dotychczasowym upale. Za oknami autobusu przesuwały się zielone i zadbane ulice Xi'an. Sprawiało to dziwne wrażenie, bo wyglądało to tak, jakbyśmy nagle zostali wrzuceni do innego kraju, gdzie nie ma miejsca na nonszalancję wobec śmieci, a zadbane otoczenie stanowi znaczącą wizytówkę gospodarza. No dobrze, może trochę się rozpędziłem, po dotychczasowych doświadczeniach chińskiego bałaganu i ruiny. Wjechaliśmy na autostradę, która po kilku minutach się zapchała. Następnie z niej zjechaliśmy i całkowicie stanęliśmy. Autobus wyłączył silnik, pasażerowie wysiedli i przy papierosie zaczęli się integrować zastanawiając się jak długo potrwa postój. W końcu dotarła informacja, że autostrada jest częściowo zalana, inna droga też jest nieprzejezdna i nie wiadomo kiedy będzie. Nie ma żadnej policji, która by kierowała ruchem i żadnej nadziei, by dotrzeć do muzeum. Jakaś Chinka z Tajwanu, bardzo zdenerwowana, co było bardzo nietypowe jak na Chinkę, dyskutowała z kierowcą próbując oszacować szanse dotarcia do celu. Ona ma dzisiaj samolot i nie może pojechać tam kiedy indziej. Być może juz nigdy tu nie będzie. Nie ma jednak wyboru. Musi wracać. My też wsiadamy do autobusu, który powoli przemieszcza się w druga stronę.

Zastanawiamy się co robić. Dochodziły nas informacje o jakichś wielkich powodziach w Chinach, ale miało to być na południu a nie w naszych okolicach. Dorota zaczyna trochę panikować, że ona nie ma zamiaru poświęcać życia dla terakotowej armii, że zdrowie przede wszystkim, aż rwące żółte bałwany skotłowanej wody stanęły nam przed oczami i my w tych odmętach trzymający się jakiejś drewnianej kłody, unoszeni prądem walczymy zażarcie o życie... Nic z tych rzeczy. Wróciliśmy do miasta i starając się nadrobić stracony czas rzuciliśmy się w kierunku wielkiego meczetu, niedaleko centrum w dzielnicy muzułmańskiej.

Z taksówki wysieliśmy przy głównym placu pomiędzy wieżami dzwonu i bębna. Dalej na piechotę ciasnymi uliczkami zastawionymi straganami ze wszystkimi rodzajami pamiątek. Później okaże się to być nasz ulubiony fragment miasta. Sam meczet niewiele różnił się od innych chińskich świątyń: ten sam układ pawilonów i placów, minaret w kształcie chińskiej pagody, bramy między podwórkami itd. Jednak widok rodowitych Chińczyków w białych diszdaszach i w białych muzułmańskich czapeczkach na głowach był dość oryginalny. Do tego czystość, porządek, zadbane toalety także odróżniały to miejsce od innych miejsc. Sala modłów, umiejscowiona na końcu kompleksu była juz niedostępna dla wiernych. Jednak z zewnątrz można było spokojnie się przypatrywać modlitwom Hui (muzułmańskich Chińczyków).

Gdy wyszliśmy z meczetu zaczęło się już zmierzchać. Zdążyliśmy przejść się niezwykle barwnymi i żywymi uliczkami handlowej muzułmańskiej dzielnicy oraz obejrzeć Wieżę Bębna. W atmosferze ulicy było coś takiego, że człowiek czuł się dobrze, spokojnie, bezpiecznie i przytulnie, pomimo wielkomiejskiego i metropolitalnego charakteru tego miasta. Po wieczornym spacerze wiedzieliśmy już, że chcemy tu zostać przynajmniej jeden dzień dłużej nawet kosztem zaplanowanej wizyty w Nankinie. Wizyta w hotelowej kafejce internetowej oraz rozmowa z recepcjonistką przekonała nas, że podtopienie było chwilowe, nic nam nie grozi i że następnego dnia o świcie jeszcze raz będziemy atakować terakotową armię.

piątek, 30 listopada 2007
Dzień 10, Pingyao i okolice

8 sierpnia 2007, środa

Ten dzień był w sumie standardowym dniem zwiedzania. Na początku świątynia Shuanglin z XII wieku. Dojechaliśmy do niej turystycznym busikiem, który załatwiła nam jakaś kobieta z hotelu, która wykorzystała to do pokazania klasztoru swojemu dziecku. Po drodze obejrzeliśmy sobie jak powstaje chińska droga oraz wyścigi chińskich traktorów, które z głośnym warkotem wyprzedzały się na trzeciego. W samej świątyni były kolejne tysiące buddysiów w różnych pozach i sytuacjach. Za murami plantacje kukurydzy, rozbrzmiewające hurgotem milionów cykad. Wewnątrz murów cisza, spokój i dwie francuskie turystki, które zamiast aparatu fotograficznego używały akwarel.

Po powrocie obejrzeliśmy miasto i jego zabytki. Po zwiedzaniu drobne zakupy i do pociągu w drogę do Xi'an. Snując się po uliczkach natknęliśmy się w pewnym momencie na barwny korowód. Grupy wielokolorowo ubranych ludzi szły oddzielnymi grupami niosąc określony rodzaj przedmiotów. A to olbrzymie kolorowe wachlarze z krepiny na metalowych obręczach, a to grupa grajków piszczących na swych trąbkach, a to grupa bębniarzy, a to grupa niosąca coś w rodzaju ogromnej lektyki. Niektóre z osób były roześmiane, niektóre zapłakane. Te zapłakane miały białe chustki na twarzach. Dowiedzieliśmy się od przechodniów, że to był pogrzeb. Nie wiem jednak w jakim obrządku.

Wieczorem kupiliśmy jeszcze zapasy herbaty i bez problemów wsiedliśmy do pociągu do Xi'an. Bilety były w porządku.

piątek, 23 listopada 2007
Dzień 9, Podróż do Pingyao

7 sierpnia 2007, wtorek

Ten dzień przeznaczony był na podróż. Na wydostanie się z Taihuai i dotarcie przez Taiyuan do Pingyao. Autobusem. Po górach. 250 km w pięć godzin, przesiadka i kolejne dwie godziny kolejnym autobusem. Hardcore? Wiem, bywa gorzej. Może na przykład złapać człowieka sraczka i choroba lokomocyjna. Ale od początku.

Od rana lało jak z cebra. Dzień wcześniej recepcjonista (zachowywał sie jak właściciel hotelu, ale nie będę tu wnikał w struktury chińskich własności) zaproponował nam na migi, że przyjedzie po nas do hotelu bus do Taiyuan. Trochę się zdziwiliśmy, bo w przewodnikach wyczytaliśmy, że odchodzą one ze stacji na południowym, czyli przeciwległym do naszego, końcu miasta. Ale ok. Przewodniki mogą nie opisywać wszystkiego, sytuacja mogła się zmienić, rano czekamy. Czekamy, ale recepcjonista znowu zaczyna nam coś na migi tłumaczyć. W końcu zrozumieliśmy, że w autobusie, którym mieliśmy jechać, nie ma miejsc siedzących i pojedziemy następnym. OK, pół godziny opóźnienia nas nie zbawi, byle nie okazało się, że za chwilę trzeba pojechać jeszcze następnym. W końcu przyszła pora i przed hotelem zatrzymał się mały busik. No dobra, jakoś się zmieściliśmy. Busik po drodze zabierał kolejnych pasażerów i zaczynaliśmy sie cieszyć, że wsiedliśmy przy hotelu, gdy były jeszcze miejsca. Za wcześnie.

Dojechaliśmy busem do głównej stacji w mieście. Wszyscy wysiedli i nasz kierowca do nas także machał ręką, że mamy się przesiąść do drugiego autobusu, który jedzie do Taiyuan. Okazało sie że busik dowoził ludzi jedynie do autobusowego dworca. Wrzuciliśmy plecaki do luku bagażowego i pośpiesznie wcisnęliśmy się do zatłoczonego środka autobusu. Kierowca na pytanie o bilety machał przecząco głową i rękami kazał nam przechodzić dalej. Nad całym autobusowym tłumem przekrzykujących się pasażerów panował młody chłopak, który po wymianie zdań z kilkoma osobami wyprosił czterech ludzi z autobusu, wskazując im sąsiedni, najwyraźniej jadący następnym kursem, autobus. Dwie inne osoby wygonił z miejsc siedzących i usadził tam nasze kobiety. Na koniec sprzedał nam bilety i rozdał wszystkim stojącym pasażerom rozkładane stołeczki, by sobie usiedli w przejściu między siedzeniami. W ten sposób wszyscy, którzy zmieścili się w autobusie mieli miejsca siedzące. Tłum pasażerów był wyjątkowo karny, posłuszny i zorganizowany. Gdy na postojach wszyscy wysiadali, by rozprostować kości, przed odjazdem osoby siedzące w korytarzu wsiadały do autobusu dokładnie w takiej kolejności, jak wysiadali i w efekcie każdy siedział dokładnie w tym samym miejscu co przed postojem. Raz ustalony porządek był nienaruszalny do końca podróży.

W trakcie drogi z Gośką nawiązała kontakt młoda Chinka. Gdzie się da i jak tylko okoliczności pozwalają młodzi Chińczycy nie przepuszczą okazji, by nie sprawdzić sie w swoim angielskim i nie zaczepić turysty na przyjacielska pogawędkę. Gdy dojechaliśmy na miejsce, Gośka umiała już pokazywać liczebniki dłonią w chiński sposób, wiedziała, że koleżanka jest Mandżurką, a teraz ma wakacje i jeździ po kraju, by zobaczyć jak najwięcej się da. Aktualnie jedzie tam gdzie my, czyli do Pingyao. Niestety, jej imię zginęło gdzieś w otchłani niepamięci i odmętach fonetycznych utrudnień.

W Taiyuan autobus dojeżdżał do dworca na północy miasta, a do Pingyao odchodził następny autobus z dworca na południu miasta. Niestety, wszyscy, którym pokazywaliśmy chińskie znaczki oznaczające poszukiwany przez nas dworzec, pokazywali nam coś na migi w taki sposób, że nie potrafiliśmy ich zrozumieć. Postanowiliśmy dotrzeć do jakiejkolwiek ulicy i wziąć taksówkę. Przy wyjściu czekała na nas Mandżurka, która w międzyczasie wszystkiego się dowiedziała i teraz zabrała nas na przystanek autobusowy, by razem z nami pojechać na odpowiedni dworzec. W autobusie miejskim kolejny Chińczyk zaczepił nas tradycyjnym „where are you from?” Odpowiedziałem, że z Polski, a on pokiwał głową i kontynuował rozmowę z Mandżurką. Tematem rozmowy była ewidentnie nasza grupka. Na miejscu Mandżurka pomogła nam kupić bilety, odnaleźć właściwy autobus i razem z nami zapakowała się do środka. Podczas drogi Bartek nawiązał kolejną znajomość z sąsiadką Mandżurki, która także zwiedzała Chiny na własną rękę. Gdy dojechaliśmy na miejsce dogadaliśmy się wszyscy, żeby spróbować przenocować w tym samym miejscu. Dzięki temu mieliśmy aż do hotelu prowadzącego nas za rączkę przewodnika, który pilnował, by żaden z rikszarzy nas nie oszukał.

Nasz hotel okazał się niezbyt atrakcyjnym miejscem dla naszych nowo poznanych towarzyszek, więc umówiliśmy się na wieczór na kolację i poszliśmy się odświeżyć. Nie szukaliśmy już innego lokum, bo za ten hotel zapłaciliśmy zaliczkę jeszcze w Datongu. W recepcji miały na nas czekać bilety kolejowe z Pingyao do Xi'an, ale nie czekały. Kobieta starała sie nam wytłumaczyć, że bilety dojdą do niej faxem, ale po doświadczeniach z Taihuai te tłumaczenia, zamiast uspokojenia tylko wzmogły nasz niepokój. Dodatkowo okazało się, że nie są na preferowana przez nas godzinę, a recepcjonistka stwierdziła, że jak chcemy to możemy iść na stację i spróbować kupić bilety na własną rękę. Tak zrobiliśmy, ale niestety zgodnie z przewidywaniami biletów nie dostaliśmy. Po sporej dawce nerwów bilety doszły w końcu faxem późnym wieczorem. Pozostawało pytanie, czy zdadzą się nam na cokolwiek wydrukowane odbitki biletów?

Wieczorem spotkaliśmy się przed hotelem z „naszymi” dwiema Chinkami i ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś fajnej restauracyjki na wieczór. Wszyscy byliśmy w Pingyao po raz pierwszy więc wybór lokalu podyktowany był przede wszystkim przypadkiem. Niemniej tego wieczora doświadczyliśmy na własnej skórze kilku elementów różnych historii, o których by można sądzić, że są efektem zadziałania stereotypów o Chińczykach. Zaczęło się od długiego oczekiwania na kelnerkę, która z niejasnych powodów nie mogła podejść do naszego stolika. Gdy do niego w końcu podeszła dała nam menu dla obcokrajowców. Nasze Chinki poprosiły o chińskie menu i wtedy zaczął się kolejny problem. My mogliśmy dostać jedzenie jedynie z menu dla obcokrajowców. Tam były dania przygotowywane z innych, droższych składników, a produkty dostępne dla Chińczyków byłyby dla Europejczyków niezjadliwe. Tak tłumaczyła kelnerka, Mandżurki tłumaczyły na angielski, a my się obśmiewaliśmy w duchu z tych żołądkowych różnic. W końcu, nie chcąc przeciągać dłużej tej niezręcznej sytuacji zgodziliśmy się na menu europejskie i zamówiliśmy jakieś polecone przez Mandżurki dania.

Gdy czekaliśmy na jedzenie jedna z dziewczyn na chwilę zniknęła, by po jakimś czasie wrócić z małym pakunkiem i pytaniem, czy nie chcielibyśmy spróbować chińskiego ryżowego wina? Oczywiście z chęcią spróbowaliśmy dziwnie smakującego brązowego płynu, w którym dawało sie wyczuć smaki jęczmiennego słodu, spalonego karmelu, ciemnego piwa i parę jeszcze innych niezidentyfikowanych nut przyprawionych goryczą i korzeniami. Rozmowa nie toczyła się wartko, ale też nie zapadała w zasadzie ani na moment żadna niezręczna cisza. Ze względu na lepszą znajomość angielskiego ciężar rozmowy przejęła niemal w całości na siebie starsza Chinka, która wykazywała się zaawansowanymi umiejętnościami dyplomatycznymi gładko wychodząc z najtrudniejszych pytań. Na pytanie, dlaczego kelnerka sie tak denerwuje i tak pokrzykuje, usłyszeliśmy, że ona jest po prostu bardzo zmęczona i nieco „confused”, ale wcale nie jest na nas o nic zła. ;-) Bezrobocie w Chinach jakieś pewnie jest, ale to dlatego, że absolwenci szukają pracy, ktoś właśnie zmienił miejsce zamieszkania, albo nie chce pracować, ale oficjalnych danych na ten temat to ona nie zna. Usłyszeliśmy też, że kiedyś to były czasy, że z Chin ludzie wyjeżdżali na studia i po studiach zostawali za granicą, a teraz coraz częściej wracają po studiach do Chin, bo tu widzą swoja przyszłość. Generalnie z tego co słyszeliśmy, w Chinach jest super i nawet jeśli komuś się coś nie podoba to są to odosobnione przypadki.

W jej słowach było tyle spokoju, racjonalnej argumentacji, przekonania i wiary, że do dziś się zastanawiam, czy rozmawiała z nami szczerze, czy też powodowała nią ostrożność robiącego karierę naukowca. Była wszak doktorem biochemii i genetyki, albo czegoś w tym rodzaju. Rozważałem także jeszcze jedną opcję – że mieliśmy do czynienia z agentem prowadzącym rozpoznanie grupy turystycznej, sprawdzającym nasze nastawienie do Chin lub interweniującym w sytuacji bezpośredniego niekontrolowanego kontaktu młodej chińskiej studentki z grupą samodzielnych Europejczyków. Jak by nie było, jedno jest pewne – moglibyśmy się od Chińczyków sporo nauczyć w kwestiach solidarności narodowej, promowania swojej kultury, sprzedawania wizerunku i budowania pozytywnego wrażenia. Obojętne czy mieliśmy do czynienia z agentem czy ze zindoktrynowanym naukowcem – poziom dumy z własnego narodu i własnego kraju poparty konkretnymi przykładami, był nie do osiągnięcia przez żadnego znanego mi Polaka. Przy czym nie była to postawa zawierająca najmniejszy nawet element pogardy dla innych, jak to bywa u Europejczyków, to była duma i szacunek, i to budziło respekt.

wtorek, 06 listopada 2007
Dzień 8, Senne Taihuai

6 sierpnia 2007, poniedziałek

Założenie planu wycieczki było takie, że wykorzystamy Taihuai jako miejsce odpoczynku po pekińskim sprincie. Położone w górach ciche miasteczko wydawało nam się idealnym miejscem do takiego celu. Odpoczynek od biegu, odpoczynek od tłumów, odpoczynek od upałów. Pierwszy dzień pobytu wypadł niezbyt fartownie bo w niedzielę, kiedy to senne miasteczko przeżywało oblężenie chińskich turystów pragnących zgłębić tajniki wiary swoich przodków. Dziś miało być znacznie spokojniej, postanowiliśmy wybrać się do świątynek i klasztorów położonych z dala od centrum, na szczytach okolicznych wzgórz. Jednak Dorota z Bartkiem ciężko przeżyli noc, która wymęczyła ich sensacjami w konsekwencji kontaktu z tubylczymi mikrobami. Zawinił najprawdopodobniej wieczorny posiłek w miejscowej restauracji. W efekcie przerwę w zwiedzaniu spędzili w hotelowych łóżkach.

Mgliste poprzedniego dnia Taihuai przywitało nas równie mglistym porankiem. Z biegiem czasu jednak mgła jaśniała coraz bardziej, więc zgodnie z planem wjechaliśmy kolejką linową na najbliższe wzgórze, skąd można było podziwiać piękną panoramę całej doliny. Na ścieżce wijącej się pod krzesełkami oprócz spacerowiczów sunęły juczne konie, a pomiędzy skałami można usadziły się czerwone ceglane domki. W samym klasztorze jak to w turystycznym miejscu jeden oferował zdjęcia turysty z aureolą, zawieszonego nad doliną, drugi pozwalał robić zdjęcia swojej małej tresowanej małpce, inni sprzedawali kadzidła, inni wodę itd. Zabawna była scena gdy jakiś Chińczyk chciał zrobić zdjęcie białasowi, na co białas wyciągnął w jego kierunku otwartą rękę i kategorycznym tonem zawołał „five yuan! Five yuan!” Chińczyk trochę się zdziwił, skonfundował i zawstydzony wycofał się z zamiaru zrobienia zdjęcia.

Zeszliśmy po schodach mijając po drodze kilkunastu pielgrzymów padających co trzy kroki na twarz. Matka z córką ubrane po europejsku, chłopak wyglądający na studenta, stary mnich z długą brodą. Wszyscy wspinali się cierpliwie do kolejnego na ich drodze świętego miejsca.

Postanowiliśmy dotrzeć do świątyni położonej na wzgórzu na przeciwległym końcu miasteczka, omijając szerokim łukiem jego centrum. Minęliśmy targowe stragany, kobiety robiące w rzece pranie, łąkę, krzaki, jakieś slumsy i jakieś rezydencje. Wszystko w spokojnej symbiozie dotykało jedno drugiego rozwiewanymi na wietrze włosami. Dwa kroki mogły być postawione w zupełnie różnych światach. Z głównej ulicy znowu skręciliśmy w kierunku ledwo zarysowanej ścieżki. Jedynie intuicja podpowiadała, że tędy dojdziemy gdziekolwiek indziej niż na czyjeś podwórko. Sprawdziło się – ścieżka zaprowadziła nas na szczyt wzgórza do lamajskiej świątyni.

Okazało się to być chyba najmagiczniejszym miejscem w całej dolinie. Przynajmniej z tych, które widzieliśmy. Cisza, spokój, na dziedzińcu dwu mnichów składa z kolorowego papieru coś na kształt kapeluszy, inny mnich wykuwa chińskie znaki na kamiennych płytach, jeszcze inny bez ruchu kontempluje swoje istnienie na tym świecie. Oprócz nas ani jednego turysty. Matka z córką przyszły się tu pomodlić. Miałem ochotę zostać tu do końca dnia. Wewnątrz świątyni jak i w jej najbliższym otoczeniu rozwieszone tysiące kartek z modlitwami. Na zewnątrz murów wysoki maszt telekomunikacyjny był spod tych karteczek prawie niewidoczny. Surrealistycznej całości dopełniały dwie anteny satelitarne z ażurowymi talerzami oraz aparat telefoniczny leżący na murze. Wokół pomiędzy drzewami podziwiać można zarówno widoki miasta jak i surowych zielonych gór.

Po zejściu na dół, obejrzeliśmy jeszcze jedną świątynię, która niewiele różniła się od pozostałych poza dziwnymi mrocznymi i demonicznymi rzeźbami na ścianach, które przedstawiały chyba jakieś rośliny otaczające różne wcielenia buddy. Poza tym główny posąg Buddy był posadzony na olbrzymim smoku, co też było dość nietypowe, ale nigdzie nie znaleźliśmy wyjaśnienia tej symbolicznej anomalii. Zresztą i tak nie mieliśmy siły szukać, bo pod koniec tego dnia, gdy człapaliśmy noga za nogą w kierunku jakiejś restauracji, uświadomiliśmy sobie głębokie uczucie przesytu buddyjskimi świątyniami.

Nie chodzi przy tym o ich liczbę. Chodzi o ich ten sam, jednakowy, powtarzalny, architektoniczy i klimatyczny schemat. Ten sam układ budynków, te same przepiękne smocze, lwie, jelenie zdobienia, takie same żółto-czerwone kolory, takie same łuki dachów, a w środku takie same tłumy, takich samych chińskich turystów, tych samych sprzedawców pamiątek i wszędzie ten sam pospiech by obejrzeć wszystkie takie same posągi buddy, przy których możliwa jest jedynie ta sama zabawa pod tytułem „znajdź dziesięć szczegółów”. Jak na te kilka pierwszych dni, to było stanowczo za dużo. Tego dnia wrzuciliśmy nieco na luz i to była bardzo dobra strategia, by pod koniec wyjazdu nie marzyć tylko o powrocie.

poniedziałek, 17 września 2007
Dzień 7, Taihuai w tłumach

5 sierpnia 2007, niedziela

Taihuai to małe miasteczko na dnie kotliny otoczonej pięcioma świętymi górami, z których najwyższa ma 3050 m wysokości. Góry te, po chińsku nazwane Wutai Shan, pomimo swej wysokości wyglądają jak rozdmuchane trąbką Pana Kleksa polskie Bieszczady. Łagodne, pokryte zielenią zbocza, wznoszą się nad okolicę unicestwiając horyzont. Gdzie nie spojrzysz – góry. Podczas naszego pobytu prawie wcale nie było słońca i nawet przy przejaśnieniach widoczne były tylko najbliższe wzniesienia. Dalsze, te najważniejsze, zawsze były skryte za chmurami.

Całe miasteczko pokryte jest świątyniami, jest trochę świeckich mieszkańców, ale większość to mnisi oraz tłumy turystów. Przemysł świątynny na dużą skalę. Z jednej strony mieliśmy pecha, że trafiliśmy na weekend, kiedy masy Chińczyków przyjeżdżają tu, by poznawać tajniki własnych religii lub po prostu zwiedzać święte miejsce buddyzmu. Z drugiej strony było w tym też coś ciekawego: patrzeć i uczestniczyć w tych tłumach, w których modlitewne zapamiętanie przeplatało się klasyczną tłumną turystyką i z grupami o charakterze edukacyjnym, gdzie przewodnik objaśniał w jaki sposób się trzeba modlić i oddawać cześć Buddzie.

Ruszyliśmy więc w rejs po świątyniach. Przed Rewolucją Kulturalną było ich w okolicy ponad 200, teraz jest ich tu ponoć 40, ale ja mam wrażenie, że jest ich znacznie więcej. Co krok świątynia, za każdym rogiem klasztor, tutaj żeński, tutaj męski, tutaj malutki, a tam wielki kompleks. Wchodziliśmy także do tych na uboczu, ale i tak trzeba płacić za wstęp, za to było jednak w miarę spokojnie i był piękny widok na kotlinę. Doszliśmy do centrum i zaczęliśmy poruszać się według przewodnika. Najpierw do Luohou Si, gdzie Budda siedzi na wirującym kwiecie lotosu, który podczas obracania rozchyla swe płatki. Niestety, kwiat był nieruchomy. Po drodze inna świątynia o niezidentyfikowanej nazwie, gdzie były wyjątkowo kolorowe wielkie młynki modlitewne. Przy wejściu siedziała para mnichów, z których jeden popijał sobie coca-colę na tle wypasionego samochodu. On też chyba miał świadomość absurdu tej sceny, bo gdy zobaczył nas robiących mu zdjęcie, podniósł butelkę do góry i kiwając do nas głową serdecznie się uśmiał. Następnie ruszyliśmy do Białej Stupy w Tayuan Si. Nie było łatwo do niej trafić w labiryncie świątynek i klasztorków – nigdy nie wiedziałeś czy wchodząc gdzieś, przechodzisz dalej uliczką, czy wchodzisz do kolejnego sanktuarium? Biała Stupa to olbrzymia na prawie 50 m wysokości biała murowana bania w kształcie pękatej butelki osadzona na kwadratowej podstawie. Wzdłuż boków tej podstawy ustawione były młynki modlitewne - na takim młynku wypisana jest modlitwa, każdy obrót młynkiem jest równy zmówieniu tej modlitwy. Pielgrzymi obchodzą więc stupę dookoła kręcąc młynkami, ile sił w rękach. Ja też nie mogłem sobie darować i „zmówiłem” wszystkie umieszczone tutaj buddyjskie modlitwy.

Odkąd zobaczyłem buddyjskie stupy w Sanchi w Indiach, zastanawiałem się zawsze, po co one były budowane, jakie mają funkcje? Olbrzymia budowla w kształcie kopuły, do której nie da się wejść, można jedynie ją obejść dookoła, co kryje w środku? Czy jest tylko zaznaczeniem miejsca? Czy też skrywa jakieś święte szczątki? Czy jest tam jakieś tajemne wejście do tajemnej krypty? Dalej tego nie wiem, jednak gdzieś doczytałem się, że stupa pełni funkcję relikwiarza. Jednak jak może wyglądać relikwia buddyjska? Zagadki, zagadki. Kto pomoże je rozwiązać?

Przy Białej Stupie przycupnęliśmy sobie na chwilę, by odsapnąć, pokontemplować i poczytać przewodniki. Obserwowałem sobie grupę ubranych w mnisie szaty osób, która wyglądała jak rodzina. Najmłodsza "mniszka" wyglądała na jakieś cztery latka, ale dziarsko padała na kolana, następnie na twarz i ponownie od nowa ręce w geście modlitwy: na baczność, na kolanach i na płask na brzuchu na macie modlitewnej. Nieco później będziemy widzieć jeszcze nie raz osoby poruszające się w tym modlitewnym rytmie: trzy kroki w przód - złożone ręce nad głowę, skłon, na kolanach ponownie złożone ręce nad głowę – dotknięcie czołem ziemi, wyciągnięcie się na ziemi zupełnie na płask z rękami złożonymi nad głową – powstanie i trzy kroki do przodu. Niektórzy poruszali się kłaniając się co krok, inni co trzy kroki. Widzieliśmy takich pielgrzymów na głównej szosie, na górskich ścieżkach oraz na licznych w okolicy schodach prowadzących do świątyń.

Zabawnie wyglądali mnisi siedzący w tradycyjnych strojach w historycznym miejscu zapamiętale wystukując sms-y. Są przy tym niesamowicie bezpośredni, nie tylko gdy się ich o coś zapyta, ale także gdy oni chcą się czegoś dowiedzieć. W pewnym momencie do naszej siedzącej grupki podeszła młoda mniszka, delikatnym ruchem wyjęła z ręki Doroty, jak gdyby nigdy nic, nasz przewodnik i zaczęła go kartkować. Na nasze zdziwione spojrzenia odpowiedziała uśmiechem, pokiwała głową i wróciła do kartkowania. W końcu jej sie znudziło, grzecznie podziękowała, oddała przewodnik, spytała kontrolnie o coś, a skoro nie mogliśmy się porozumieć to pożegnała się i poszła.

Następnym punktem programu była Pusa Ding, świątynia do której na ostatnim odcinku prowadzą schody o 108 stopniach, czyli tyle samo, ile jest paciorków w buddyjskim różańcu. Mieliśmy nadzieje na widok na całą kotlinę, bo świątynia położona jest na wzgórzu wyrastającym pośrodku miasteczka, ale niestety klasztorne mury były zbyt wysokie, nie było okien na zewnątrz i jedynie sprzed bramy było cokolwiek widać. W tym miejscu poziom natężenia tłumów pobił wszelkie rekordy i szybko stąd uciekliśmy. Po drodze można było zaobserwować oprócz handlarzy sprzedających egzotyczne rzeczy do jedzenia, także próby tradycyjnej orkiestry chińskiej (niestety widzieliśmy ją z dala, nie udało się dotrzeć bezpośrednio do muzyków) lub turystów wnoszonych przez tragarzy w lektykach. Z tej ostatniej usługi korzystali chyba jedynie chińscy turyści.

Gdy wróciliśmy z góry, przy głównym placu, gdzie miasto przechodziło w klasztorny kompleks, zebrali się mnisi w celach dla nas nieznanych. Plac, nad którym góruje i ogarnia ciepłym spojrzeniem biały Milarepa, nie jest duży, a po obu jego stronach są kamienne tarasy, na których rozsiadł się całkiem spory tłumek mnichów. Po jednej stronie grupa ubrana w czerwono-żółte szaty, po drugiej grupa ubrana w szare habity z żółtymi wstawkami. Jedna i druga coś mantrowała, ale nie korespondowało to ze sobą w żaden sposób. Cała sytuacja wyglądała, jak by to były przygotowania do jakiś zawodów w mantrowaniu. Posiedzieliśmy jakiś czas z nimi, bo wyglądali niezwykle malowniczo, ale nie doszliśmy do odpowiedzi na pytanie o cel tego zgromadzenia.

Na zakończenie podjechaliśmy do świątynki położonej nieco za miastem, obok której znaleźliśmy buddyjski cmentarz. Cisza, spokój i piękny widok na miasteczko. Miły akcent na koniec dnia. Wieczorem poszliśmy jak codzień do knajpki na kolację. Czekaliśmy na swoje dania, gdy przy sąsiednim stoliku zasiadła do uroczystej kolacji dość liczna rodzina. Wyglądali na bardzo podekscytowanych, później się okazało, że to czyjeś urodziny. Do stolika podeszła para miejscowych grajków. Facet z gitarą elektryczną oraz kobieta z mikrofonem. Mieli także mały piec oraz listę utworów do grania. Jubilat długo nie mógł się zdecydować, w końcu wybierał jakąś piosenkę i z rzężącego głośnika poleciały przesterowane dźwięki disco-chinko. Musieliśmy wyglądać na zafascynowanych tym co się dzieje, bo w pewnym momencie zaczęli do nas machać zapraszającymi gestami i pokazywać, żebyśmy zaśpiewali razem z nimi. My broniliśmy się jak mogliśmy i serdecznie w naszym poczuciu, acz stanowczo odmawialiśmy. Bartek nawet już się łamał, ale niestety ja spanikowałem i powiedziałem stanowcze veto. Jak zwykle w takich sytuacjach, wydelegowana został najmłodsza Chinka, która łamanym angielskim najpierw nas pozdrowiła w imieniu grupy, wypytała skąd jesteśmy i zaprosiła do śpiewania. My po raz kolejny wymówiliśmy się brakiem umiejętności i w końcu dali nam spokój. Dopiero później doczytaliśmy się, że u Chińczyków to normalne, że często w restauracjach świętuje cała rodzina najprzeróżniejsze okazje, a gości zaprasza się do wspólnego śpiewania z gospodarzem. Umiejętności nie mają tu nic do rzeczy, a liczy się chęć sprawienia przyjemności gospodarzowi. Także okazaliśmy się sporymi gburami, bo nie przyjęliśmy przyjacielskiego zaproszenia do dzielenia się rodzinną radością.

piątek, 14 września 2007
Dzień 6, Wiszący Klasztor i inne

4 sierpnia 2007, sobota

Raniutko szybkie pakowanie i do samochodu. Niestety, o ile większość taksówek ma klimatyzację i to nastawioną na taką temperaturę, że można się przeziębić, to tym razem, na długą trasę do Wutai Shan dostaliśmy samochód bez klimy. Trochę złości, ale trudno, damy radę. Na szczęście plecaki się zmieściły do bagażnika starej Jetty i ruszyliśmy, najpierw do Drewnianej Pagody w Yingxian. Trochę mi ścierpła skóra, gdy przy wyjeżdżaniu z miasta, nasz kierowca dzwonił (chyba) do szefa i dopytywał się (chyba) o drogę (bo najpierw mocno się rozglądał, na rondzie zwolnił, za rondem stanął i dalej się rozglądając zaczął rozmawiać przez telefon). Jak on chce nas zawieźć gdzieś szmat drogi stąd jak nie wie jak z miasta wyjechać? Później się okazało, że facet (chyba) pochodził z okolic Wutai Shan, bo na ostatnich serpentynach jechał tak, że trzymaliśmy się siedzeń.

Najpierw jednak po dwugodzinnej drodze autostradą dotarliśmy do Yingxian. Już z daleka widać było górującą nad płaską okolicą wysoką na prawie 70 m pagodę. Z bliska nie robiła jednak wrażenia tak dużej. Z bliska wrażenie robiła misterna konstrukcja drewnianych belek. Nie wiem jak i nie wiem po co, tworzono tak skomplikowane drewniane łamańce, ale ponoć najstarsza chińska budowla z drewna, wysokości 20-piętrowego bloku, przetrwała w nienaruszonym stanie 1000 lat i 7 trzęsień ziemi. To się nazywa solidna robota. W ogóle z czasem patrząc na różne funkcjonujące na miejscu rzeczy zacząłem podejrzewać przebiegłych Chińczyków, że specjalnie zalewają nas tym chłamem, żeby za pomocą takiej dywersji podkopać funkcjonowanie zachodniego świata. Rzeczy funkcjonujące na miejscu nie wyglądały już na taki chłam, jaki dociera do Europy. I nie dotyczy to tylko tysiącletnich zabytków. ;-)

W pagodzie można wejść na drugi z 9 poziomów, lecz to w zupełności wystarcza by móc obejrzeć panoramę miasteczka. W każdą stronę świata inny widok. Z jednej strony widok na coś w rodzaju stepu. Nieco w prawo zaczynają się szare, łukowate i monotonnie jednolite dachy hutongów. Dalej hutongi przechodzą w osiedle bloków, by poruszając się po linii horyzontu wzrok dotarł do osiedla całkiem nowych blokowisk na kształt Ursynowa. Co ciekawe, wzdłuż głównych ulic odbudowano domy w tradycyjnym chińskim kształcie, tak że idąc ulicą człowiek ma wrażenie, że idzie ulicą starówki. Dopiero z tarasu widokowego widać, że za pojedynczym rzędem tradycji czają się klasyczne nowoczesne blokowiska.

Od kierowcy dostaliśmy godzinę na zwiedzanie, a jak zwykle dość mocno nam się to przedłużyło, więc był nieco zniecierpliwiony jak przyszliśmy do samochodu. Ruszyliśmy dalej w kierunku Wiszącego Klasztoru. Droga nie była już tak dobra, ale ciągle przejezdna. Raz tylko przejechaliśmy po jakimś fragmencie zastępczym, po dziurach i dołach pokrytych żwirem, na szczęście nie trwało to długo. Wjechaliśmy z powrotem na asfalt prosto w środek bajkowego wąwozu. Góry powiększały się coraz bardziej, wąwóz rósł w oczach jak by chciał nas za chwilę połknąć. W pewnym momencie nasz kierowca zaklął głośno i uderzył z całej siły w kierownicę. Rzecz u Chińczyków niespotykana, oni naprawdę starają się nie okazywać emocji. Coś się musiało stać. Z samochodem wygląda, że wszystko w porządku, pytająco zerkałem więc na kierowcę, intensywnie wypatrując przyczyny. Kierowca wyciągnął rękę przed siebie wskazując na gigantyczny korek na górskiej drodze.

Zatrzymaliśmy się u wlotu do doliny, gdy droga zaczęła się podnosić. Sznur ciężarówek busów i samochodów ciężarowych stał z wyłączonymi silnikami, a z naprzeciwka nie jechały żadne samochody. No to super. Nic nie możemy zrobić, bo nie mamy się jak dogadać, nasz kierowca nie mówi ani słowa po angielsku. Nie wiemy czy jest jakaś inna droga, czy to jakiś wypadek, czy też to w tutejszych górach normalne, czy też za chwilę wszystko ruszy? Kierowca tak jak my wpatruje się w wijącą się po stoku doliny drogę, rozmawia z miejscowymi, ale widać, że tak jak my, nie wie co robić. W końcu klepiąc się po nogach daje nam do zrozumienia że powinniśmy pójść piechotą. No dobrze, ale czy mamy dojść już do Wiszącego Klasztoru? Jak to jest daleko? Czy zostawić bagaże w jego samochodzie? Co robić? Nie ma się kogo spytać, nie ma się kogo poradzić. Żaden Chińczyk w okolicy nie mówi po angielsku, nikt nie może służyć za tłumacza. Tak stojąc i głośno się zastanawiając, co dalej robić, usłyszeliśmy w pewnym momencie znajome:
- Cześć!
- O! Cześć! Z nieba nam spadacie, nie wiecie czy daleko do klasztoru?
- Z tamtego miasteczka jest podobno 5 km, więc stąd będzie jakieś 1-2 km. Możecie spokojnie uderzać z buta.
- 2 km? No to nie ma się nad czym zastanawiać, idziemy! Dzięki wielkie!
- Nie ma sprawy, do zobaczenia w klasztorze!

Grupka studentów, zesłana nam przez Opatrzność poszła sobie pod górę, a my umówiliśmy się z kierowcą, że on na nas zaczeka w tym miejscu a później pojedziemy dalej. Kierowca był szczęśliwy, że w końcu zakumaliśmy, o co mu chodzi. Także ruszyliśmy i po kilkunastu minutach marszu byliśmy u wejścia do kolejnego turystycznego kompleksu. Tuż przed brama spotkaliśmy wracającego jednego ze studentów.
- Już z powrotem?
- Nie, ja to chrzanie, ja nie trawię takich tłumów. Jak spojrzałem na to co się dzieje w tym klasztorze, to wymiękłem, sorry, ale ja nie potrafię w takich warunkach, walę to.
- A skąd jedziecie?
- Z Mongolii, tam to jest tak jak lubię, przestrzeń, cisza, brak ludzi, naprawdę można odjechać. A tutaj? Odkąd wjechaliśmy do Chin to jakiś koszmar, wszędzie ludzie, tłumy, wszystko się kłębi... To nie na moje nerwy...

Pogadaliśmy jeszcze trochę o Mongolii i pożegnaliśmy się odchodząc w przeciwne strony. Przed widocznym w oddali, przyklejonym do ściany klasztorem, był jak wszędzie kombinat turystyczny: sklepy i knajpy. Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w górę po schodach. Klasztor rzeczywiście przyklejony do pionowej ściany, wsparty na tyczkach, sprawiał wrażenie trochę powiększonego domu dla lalek. Wąskie schodki, niskie stropy, małe cele. Nie było wydrążonych w skale głębokich komnat. Nie mam pojęcia gdzie mieszkali mnisi, zwłaszcza w zimie. Wyglądało to tak jakby były tylko cele modlitewne, w każdej stał jakiś posążek. Oczywiście nie było śladu po jakiejkolwiek atmosferze kontemplacji czy zadumy, bo kolejka przesuwająca się tylko w jedna stronę dyscyplinowała i skutecznie zniechęcała do jakichkolwiek refleksji. Przeszliśmy całość w stylu japońskim, tzn. Obfotografowaliśmy wszystko co się dało i uciekliśmy. Inaczej nie było można. Świadomość, że te budowle trwają przyklejone do ściany od 1400 lat trochę łagodziła ból tłumów. Z drugiej strony sam tłum w Chinach też jest egzotyczny, bo składa się w głównej mierze z Chińczyków.

Przy wyjściu dorwała nas jakaś Chinka i powiedziała, że nasz drajwer na nas czeka i jest tam. Wzrok pobiegł za jej palcem i natknął się rzeczywiście na naszego kierowcę. Trzeba przyznać, że organizacja u Chińczyków jest ich mocna stroną. Skąd ta kobieta wiedziała, że nasz kierowca czeka akurat na nas? W tym miejscu było sporo białasów. W jakiś sposób musieliśmy się wyróżniać ;-) Zjedliśmy cos na kształt obiadu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do przejechania było jeszcze ze 200 km. Szosa wiła się po pięknych górach, wyjeżdżała na płaskowyże, mijała lessowe tarasy i wydrążone w lessie mieszkalne jamy. W takich jamach podobno do dzisiaj mieszka jeszcze 40 mln ludzi. Przy ciekawszych widoczkach - gdy wszyscy wydawaliśmy z siebie głośne, pełne zachwytu westchnienia, łapiąc przy tym za aparaty – nasz kierowca zatrzymywał się na poboczu i mogliśmy na spokojnie porozkoszować się widokami i popstrykać fotki. Trzeba przyznać, że było to bardzo miłe ze strony kierowcy. Ostatni odcinek, jak juz wspominałem pokonaliśmy trzymając sie foteli, facet bowiem po serpentynach Wutai Shan pędził jak szalony trąbiąc na zakrętach. Przed zjazdem w dolinę musieliśmy zapłacić jeszcze po 90Y za bilet wstępu i zjechaliśmy do hotelu w Taihuai.

Wysiedliśmy z samochodu i nic nie zapowiadało burzy jaka za chwile miała się rozpętać. W Datongu zarezerwowaliśmy czteroosobowy pokój z łazienką w hotelu w Taihuai za 40Y. A tu hotel z pokojami dwuosobowymi, czysty, schludny, ale drogi – ponad 300Y za pokój. Powiedzieliśmy zatem twardo, że chcemy jechać do hotelu, który mamy zarezerwowany. OK, pojechaliśmy. Na miejscu hotelarz długo oglądał nasz kwitek rezerwacji, a w końcu zaprowadził nas kilkaset metrów dalej, do jakiegoś baraku, który wyglądał jak na naszych ogródkach działkowych, a kibel miał być w ty pierwszym miejscu. Roześmialiśmy się i powiedzieliśmy, że to miał być pokój z łazienką a nie jakiś cuchnący stęchlizną barak. Oczywiście znajomość angielskiego naszych rozmówców ograniczała się jedynie do podstawowych liczebników oraz słów „room” i „days”. Nie mogliśmy dojść do porozumienia, poprosiliśmy więc kierowcę o telefon do jego szefa w Datongu. Po długich rozmowach okazało się, że hotel nie chciał jednak zgodzić się na umówione warunki za tą cenę, twierdząc jednocześnie, że nie ma wolnych lepszych pokojów. Jedyną rzeczą, którą facet CITS w Datongu mógł dla nas zrobić to zwrot zaliczki. Kierowca oddal nam więc zaliczkę i pojechaliśmy do innego hotelu w poszukiwaniu miejsca. Po długich poszukiwaniach, dyskusjach i targach, postanowiliśmy wrócić do pierwszego hotelu i tam potargować się o cenę. Różnica w cenie nie była bowiem duża, natomiast różnica w jakości była znaczna. Wytargowaliśmy ostatecznie 200Y za pokój dwuosobowy, w którym postanowiliśmy spać we czwórkę. Łóżka były tak szerokie, że dwie osoby spokojnie się na nich mieściły. Kierowca okazał nam tyle cierpliwości i życzliwości, że postanowiliśmy na koniec oddać mu wytargowane w Datongu 50Y.

Wykończeni męczącym dniem z emocjonującym zakończeniem – zasnęliśmy po kolacji w knajpie szybko i bez problemu.

środa, 12 września 2007
Dzień 5, Datong

3 sierpnia 2007, piątek

Pierwsze kroki tego dnia skierowaliśmy do biura CITS. Postanowiliśmy spróbować dogadać się na przejazd do Wutai Shan. Okazuje się, że za 600Y możemy wynająć samochód, który zawiezie nas do Taihuai zahaczając po drodze o Drewnianą Pagodę w Yingxian oraz Wiszący Klasztor. Poprosiliśmy także o zarezerwowanie hotelu w Taihuai oraz Pingyao, a także zamówiliśmy rezerwację biletów kolejowych z Pingyao do Xi'an. Bilety miały na nas czekać w hotelu w Pingyao. Wszystko wyglądało na świetnie zorganizowane, zapłaciliśmy więc prowizję, znegocjowaliśmy cenę samochodu do 550Y i ruszyliśmy zwiedzać groty Yungang.

W grotach posągi buddy. Tysiące posągów buddy. Budda trzymetrowy, budda siedemnastometrowy, kilkaset buddów dwucentymetrowych, buddysie kolorowe i naturalnie kamienne, buddysie w całości i wybrakowane. Posągi i groty, groty i posągi. Najstarsze groty z V w. Gdzieniegdzie dziury po posągach ukradzionych przez archeologów. Część z zachowanymi lub odnowionymi zdobieniami barwnymi. Nie będę tu przepisywał przewodnika, bo nie to jest moim celem, więc poprzestanę na tym, że całość robi wrażenie. Jednak wykute w skale dżinijskie rzeźby w okolicach Gwalioru w Indiach zdecydowanie bardziej mi się podobały.

Po obejrzeniu grot wracamy do miasta, by liznąć trochę starówki. Poranne wrażenie było dość przygnębiające. Pył i kurz, ruina na podwórkach, najprzeróżniejsze pojazdy samoróbki, obraz zniszczonego przemysłowego miasta, przy którym Katowice w PRL-u były na naprawdę wysokim poziomie. Lądujemy na głównym placu i kierujemy się w stronę zaznaczonych na mapie świątynnych kompleksów. I tu niespodzianka. Plac jest równy, czysty, schludny i kolorowy. Po drodze mijamy kolorowe reklamy z chińskimi znakami, równo ustawione rowery i skutery przed bogatymi domami towarowymi, gdzieniegdzie na ustawionej na chodniku scenie promocyjne koncerty i konkursy. Życie tętni, zapachy jedzenia wokół, młode Chinki z utapirowanymi włosami, młodzi Chińczycy w modnych ciuchach i żelem na głowie. Pomieszane to wszystko z rozłożonymi bezpośrednio na ziemi sprzedawcami najróżniejszych, nikomu niepotrzebnych rzeczy.

Weszliśmy w boczną uliczkę i doszliśmy do świątyni. Wyglądała na niedawno odnowioną, a okazało się że to najprawdopodobniej po prostu jest nowa świątynia. Wewnątrz kręciło się sporo mniszek i mnichów i wyglądało na to, że szykują się do swojego nabożeństwa (?). Rzeczywiście, w pewnym momencie zebrali się w ostatnim głównym pawilonie, prowadzący mnich zaintonował mantrę i rozpoczęło się coś w rodzaju buddyjskiej mszy. Po obu stronach umieszczonego pośrodku posągu stały dwie grupy mnichów zwrócone do siebie twarzami. Jeden mnich uderzeniami w drewniany bęben nadawał rytm, a reszta śpiewała mantrę. Pieść zaczęła się bardzo powoli i dostojnie, by po kilkunastu minutach dojść do dość szybkiego tempa. Krępowałem się robić zdjęcia, ale ponieważ dwie starsze białe kobiety, które przed mszą rozmawiały z mniszkami, w ogóle się nie krepowały, więc uznałem, że jest zielone światło i oprócz zdjęć nakręciłem dwa krótkie fragmenty z dźwiękiem. (film pierwszy, film drugi) Nie wiedzieliśmy ile to wszystko jeszcze potrwa, więc zabraliśmy się do dalszej drogi.

Przy wyjściu próbowałem się jeszcze dowiedzieć jak dojść do Górnej Świątyni Huayuan, którą widzieliśmy na mapie oraz tuż za murem sąsiedniej ulicy, ale nigdzie nie mogliśmy znaleźć ścieżki, by dojść do bramy wejściowej. Ludzie wpatrywali się w znaki, które im pokazywałem na kartce, jakby to były jakieś tajemne zaklęcia i coś do mnie mówili po chińsku. Ja kręciłem głową i odpowiadałem im po polsku, że nic nie rozumiem i że w ten sposób się nie porozumiemy. W końcu chciałem odejść, ale jedna kobieta bardzo nalegała żebyśmy zaczekali pokazując ciągle na usta. Nie wiedziałem kompletnie o co chodzi, bałem się że będą chcieli dać nam coś do zjedzenia, czego ze strachu zjeść nie będziemy chcieli, ale też nie chciałem być gburem i sprawić im przykrości w ich własnej świątyni. Po jakimś czasie wysłany po coś chłopiec przyprowadził, na oko siedmioletnią, dziewczynkę, której już teraz cała grupa coś zawzięcie gestykulując tłumaczyła. Dziewczynka bardzo się wstydziła, zerkała na nas z zakłopotanym uśmiechem, ale w końcu dała się przekonać. Podeszła do nas i widać było jak walczy z olbrzymią tremą. Stojące za nią babcie nie dawały za wygraną i ciągle powtarzały tą samą namowę, wtórując mantrze dochodzącej z głębi świątyni. Zapadła w pewnym momencie cisza, nachyliłem się, by lepiej usłyszeć to, co zaraz niewątpliwie przekaże mi dziewczynka. W końcu, przełamując niezwykłe napięcie, wydobył się z małych ust dźwięk tych długo zbierających się do wyjścia na świat słów:

- Welcome in Datong! - roześmialiśmy się razem z gromadą stojących wokół Chińczyków. Dziewczynka także była szczęśliwa, że zrozumieliśmy jej słowa. Chciała już odejść, ale babcie znowu zaczęły się przekrzykiwać jedna przez drugą.
- Where are You from?
- From Poland.
- Aaa! Bolan! Bolan! - wyglądało na to, że jednak wiedzieli co to za kraj. Podziękowaliśmy serdecznie za gościnę i poszliśmy w końcu na poszukiwanie wejścia do Huayuan.

Zaczepiłem jeszcze jakiegoś sensownie wyglądającego przechodnia, który powiedział nam, że tą wąską brudną i zrujnowaną uliczką dojdziemy tam gdzie chcemy. No dobra. Poszliśmy więc na poszukiwanie Wejścia mijając po drodze Inny Świat. Był to świat rozpadających się hutongów, plotkujących na progach babć i dziadków, wspólnych latryn, do których wchodziły czasem elegancko ubrane młode Chinki. Świat pyłu, bitej drogi, rowerowych furmanek i pozornie bezpańskich psów, graniczący z wielkomiejskim życiem głównej ulicy. Rzeczywiście dotarliśmy w końcu do miejsca, w którym cywilizacja witała nas wielkim szyldem z cennikiem fryzur miejscowego fryzjera. Nie było na nim ani jednej fryzury z prostymi włosami. Na chodniku obok grupa Chińczyków obserwowała rozgrywkę chińskiej wersji szachów (Xiangqi). Gra ta, wogóle nie przypominająca międzynarodowych szachów, w Chinach niezwykle popularna występuje niemal na każdym rogu ulicy. Dwie osoby grają, a tłumek przyjaciół obserwuje z niezwykłym skupieniem posunięcia. Żadnych komentarzy, żadnych podpowiedzi, ewentualnie pojedyncze szmery bezpośrednio po ruchu. Skupienie na tyle duże, że gdy podeszliśmy do wspomnianej grupki, zrobiliśmy im zdjęcia i cicho się oddaliliśmy - ani gracze ani obserwatorzy nawet nie zauważyli tego faktu. Nikt nie podniósł nawet wzroku!

W końcu znaleźliśmy wejście do Dolnej Świątyni Huayuan. Nie było w środku niczego szczególnego poza tym, że niepozornie wyglądający drewniany pawilon miał prawie 1000 lat. Wejście do górnej świątyni było, gdy do niego dotarliśmy, niestety już zamknięte. Szkoda, bo to z kolei była ponoć największa swego rodzaju budowla w Chinach. Trudno. Zatem biegiem do Muru Dziewięciu Smoków, może uda się zobaczyć chociaż jego. Jutro przecież wyjeżdżamy dalej. Przeszliśmy uliczką targową, na której można było zaobserwować klasyczne targowe widoczki w postaci przystojnych dziadków i babć sprzedających warzywa z rowerów czy faceta sprzedającego pliki banknotów wydrukowanych tylko z jednej strony. Minęliśmy Wieżę Dzwonu i dotarliśmy do Muru. Miał on ochraniać miejscowy pałac przed złymi demonami, jednak biorąc pod uwagę fakt, że z całego pałacu zostały tylko terakotowe smoki, można podejrzewać, że ochrona nie obejmowała całości zabudowy. Same smoki podobały mi się o wiele bardziej niż analogiczna ściana w Zakazanym Mieście. Jest w nich jakaś lekkość, jakaś subtelność, która do mnie trafia.

Zachód słońca obejrzeliśmy przez okna klasycznej chińskiej herbaciarni. Niestety, poza wystrojem nie doznaliśmy niczego z magii ceremonii parzenia herbaty. Po prostu dostaliśmy szklanki, susz herbaciany i imbryk z wrzątkiem. Ale chwila oddechu, z zachodzącym nad dachami Datongu słońcem, była bardzo miła. Później jeszcze przeszliśmy się ulicą w nocy i tu kolejne zaskoczenie. Ulica tętniła życiem jeszcze bardziej niż za dnia! Przed sklepami z ciuchami, gdzie ceny były europejskie, rozstawione były stoiska na metalowych wieszakach z ciuchami w cenach chińskich. Knajpy uliczne ciągnęły się jedna za drugą na przemian z ciuchami. Gdzieniegdzie wciśnięte maty z zegarkami czy innymi niepotrzebnymi drobiazgami. I pomiędzy tym tłumy tłumy tłumy. Zastanawialiśmy się później czy to nie kwestia piątku i końca tygodnia?

Doszliśmy ponownie do głównego placu, a tam handel ustąpił wspólnym grom i zabawom. W jednym miejscu grają w siatkę, w drugim w kometkę, w trzecim przechodzą pomiędzy rozpiętymi linkami, gdzie indziej skaczą zbiorowo przez długą skakankę, w innym miejscu kopią do siebie piłkę, we wszystkim biorą dział wszystkie pokolenia. Rodzice i dzieci, nastolatki i dziadki. Grupy nie są podzielone wiekowo, ale zainteresowaniami. Nie ma tak, że nastolatki trzymają się osobno. Nawet wśród skaczących przez skakankę razem z trzydziestolatkami byli ich rodzice. Cały plac i główna ulica tętniły życiem. W smutnym przemysłowym mieście, gdzie swego czasu nie można było wychodzić na dwór bo można było zaczadzieć. Dziwny to jednak kraj. Nadzwyczaj żywotny.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5